Bogusław Słupczyński – „Wołosi zeszli z gór” – zapis ze spektaklu

BRENNA

W jakimś sensie spełniło się moje marzenie – spektakl o pasterzach Wołochach.

Do Brennej przyjechałem po zmroku. Pod kościołem św. Jana Chrzciciela stała grupa kilkudziesięciu osób, która spoglądał na wzgórze za Brennicą. Tam, kilkadziesiąt pochodni rozświetlających zbocze. W gęstej ciemności i przenikliwym zimnie, robiło to silne wrażenie.

Punktualnie o godzinie 18 00 zebrana pod kościołem grupa rusza pod wodzą niewidocznego dla mnie przewodnika w kierunku Brennicy. Jestem pełen obaw. Kilka razy w życiu realizowałem spektakl plenerowy, wiem jakim obarczony jest ryzykiem.

Po kilku minutach podchodzimy pod stok. Wówczas cała grupa pochodni rusza z góry na dół. Kolosalne wrażenie. Niejako z ciemności tajemnicy schodzą do nas ludzie, o których historię zaraz wysłuchamy. Słyszymy nawoływania, pasterz (Szymon Pilch) prowadzi stado – wspólnotę na miejsce ich nowego życia. Grupa ubrana w tradycyjne stroje, przechodzi przez zebranych na dole widzów i rusza w dół rzeki. Tylko pochodnie, tylko ludzki głos, tylko rzeka. Wszechwładna ciemność.

Rozpoczyna się opowieść o przybyciu ludzi do tej niezwykłej doliny. Opowieść – monolog. W ciemności, przed oczyma naszej wyobraźni staje dziki las, dzika przyroda, ciężka praca ludzi, wspólnota rodząca się w trudach pracy dnia codziennego. Słyszymy szum rzeki, czujemy wilgoć i zimno wieczoru.

Reżyser – Piotr Tenczyk podzielił spektakl na kilka „stacji”, na których zatrzymujemy się wraz z wykonawcami i w ciszy, a także przy stonowanej góralskiej muzyce, słuchamy kolejnych fragmentów historii o mitycznym założeniu Brennej. Wielki, przestrzenny Teatr Jednego Aktora – Szymona Pilcha. Subtelne wsparcie ruchowe zapewnia grupa zespołu „Kotarzanie” przygotowana przez Annę Jakubowską.

Najbardziej symbolicznym momentem staje się scena przejścia przez rzekę, scena swoistego chrztu. Na oczach zgromadzonych nasz przewodnik i jego towarzyszka, niosąca obraz Świętego Torellusa, przechodzą przez lodowatą wodę rzeki. A my czujemy, że mocno jesteśmy z nimi i też w nas dokonuje się rodzaj oczyszczenia i wyzwolenia. Na myśl przychodzi nam obraz przejścia Izraelitów pod wodzą Mojżesza przez rozstępujące się Morze Czerwone. Brennica się nie rozstąpiła, ale pozwoliła spokojnie przejść.

Ponad stuosobowa grupa widzów cierpliwie i spokojnie, nieustannie fotografując i filmując, przesuwa się za wykonawcami. Mijamy współczesne zabudowania i infrastrukturę Brennej, która jest połączeniem chaosu, dysharmonii i ludzkiej megalomanii. Dociera do nas jak bezwzględnie ekspansywni staliśmy się w dziele „zagospodarowania”, a z harmonii ludzi i natury, o której opowieść słyszymy, nie pozostało nic. Jak bardzo oddaliliśmy się od poczucia pokory, boskiego porządku i powściągliwości naszych przodków. W powietrzu czuć swąd palonego w piecach mułu węglowego. Przechodzimy rzekę, a potem przekraczamy drogę. Zabezpieczają nas ludzie w odblaskowych kamizelkach, jesteśmy pod dobrą opieką.

Zbliżamy się do Domu Katolicko – Ludowego, który rzeczywiście przywodzi na myśl początki miejscowości. Delikatnie schowany przy drodze, wybudowany jeszcze w nawiązaniu do tradycyjnej architektury. Przechodzimy na tyły tego budynku, którego drzwi otwierają się i w snopie światła pojawia się nasz przewodnik, który opowiada o stworzeniu miejsca dla ludzkiej wspólnoty – domu. Za jego plecami, w gorącym, pełnym ludzi drewnianym budynku szaleje zabawa. Na dwór wynoszone są stoły i poczęstunek, widzowie zapraszani są do stołów i do tańca. Pod starą, drewnianą ścianą staje z muzyką kapela „Maliniorze”, a my możemy mieć odczucia jak Stanisław Wyspiański na weselu Lucjana Rydla. Opowieść rozpływa się już we wspólnej zabawie, która nie kończy się w żadnym wyznaczonym momencie. Z czasem powoli wszystko wygasa. Jest już po, kończą się ostatnie rozmowy, zmarznięci i pochłonięci różnymi myślami rozchodzimy się.

Spektakl – wędrówka miał w sobie wiele dobrej, czystej energii. Prostota wykonawcza, bardzo dobry scenariusz i prosty i szlachetny pomysł reżyserski, wykorzystanie motywu wędrówki, poprowadzenia ludzi przez ciemność, wykorzystanie rzeki jako aktora tego widowiska, sprawiło, że zapamiętamy go na długo.

Ale stało się jeszcze coś. Prawdopodobnie, mieszkańcy i wielbiciele Brennej po raz pierwszy w swoim życiu i w historii tej miejscowości zobaczyli człowieka – aktora, który niczym pochodnia, spala się na ich oczach, ofiarowując im swoją energię, emocje, swoje niezwykłe przejęcie losem ludzi. Pewnie nie wszyscy to dostrzegli, ale ci, którym było to dane będą już trochę innymi ludźmi.

Bogusław Słupczyński

 „ Aż stanie się światłość” – scenariusz i reżyseria – Piotr Tenczyk.

Wykonanie – Szymon Pilch z towarzyszeniem grupy „Kotarzanie” i kapeli „Maliniorze

Ruch sceniczny – Anna Jakubowska

Premiera – Brenna, 29 października 2016.

żródło:

http://blog-slupczynski.blog.pl/2016/11/23/wolosi-zeszli-z-gor-zapis-ze-spektaklu/